Człowiek skupiony i uważny. Codziennie pomaga bliźnim, często ratuje im życie. Działa błyskawicznie i zdecydowanie. Ma również strój bohatera, a jakże! Dzieci go uwielbiają. Kto to? Zbigniew Dutkowski. Agatka przeprowadzająca pieszych, w tym dzieci ze szkoły podstawowej 31, przy ulicy Fordońskiej. Pan Zbigniew zgodził się na rozmowę z nami na temat swojej pracy.   Zapraszamy do lektury.

Ludzie liczą na pana pomoc, prawda?

Tak, jestem potrzebny, to bardzo ruchliwa ulica. Kiedy pojawiałem się tu na początku, to miałem małe problemy. Kierowcy autobusów, tramwajów i pojazdów, które przejeżdżały tędy codziennie nie do końca mi ufali. Po kilku miesiącach sytuacja zupełnie się zmieniła, co więcej, teraz nawet współpracujemy. Wiem, że nawet kiedy nie może mnie tu być, to kierowcy którzy mnie znają zwalniają przed tym przejściem, bo są już do tego przyzwyczajeni i wiedzą, że jest to potrzebne. Niestety ciągle się zdarza, że jeden samochód się zatrzyma, a inny jadący drugim pasem jedzie na oślep.

To stwarza ogromne zagrożenie, pieszy widząc zatrzymujące się auto ma sygnał, że może iść.

Tak, to jest bardzo niebezpieczne zachowanie kierowców. Kiedyś pytałem policjantów, jaka jest dozwolona prędkość na tym odcinku. To 50 km/h, a kierowcy potrafią jechać nawet 80 km/h. I proszę powiedzieć, jak przy takiej prędkości wyhamować przed przejściem dla pieszych. Dla mnie, to świadczy o braku kultury niektórych kierowców.

Większość kierowców chętnie z panem współpracuje, ale pewnie zdarzają się też tacy, co próbują pana wykiwać.

Oj, takich rozpędzonych kierowców widuję ciągle. Niestety, oni często wcale nie mają zamiaru się zatrzymać. Jadą, mimo że piesi są jaszcze na pasach. Nauczyłem się już rozpoznawać którzy nie mają zamiaru się zatrzymać. Zresztą, na ulicę też wchodzę w pewien konkretny sposób. Najpierw podnoszę znak, staję na krawędzi chodnika i staram się sygnalizować kierowcom już dużo wcześniej, że mam zamiar wejść na ulicę. Daję im czas na reakcję. Problem pojawia się w sytuacji, kiedy jedzie tir. Jego kierowca mnie widzi, ale samochód jest tak duży, że nikt obok, ani za tirem nie jest w stanie zobaczyć, że sygnalizuję wejście na jezdnię. Cały czas trzeba uważać.

A czy nie ma pan problemów z kierowcami? Pojawiają się konflikty?

Nieczęsto, ale tak. Było i tak, że dochodziło do stłuczki, bo jeden kierowca zahamował, a drugi nie. Pojawiały się wtedy pretensje, czemu wchodzę na jezdnię. Jednak policja nas obserwuje, funkcjonariusze sami przyznali, że nie zdarzyło im się zaobserwować, żeby któryś z nas kierował ruchem w niebezpieczny sposób. Ta praca wymaga pewności siebie, ale trzeba też umieć ocenić ryzyko i odpuścić.

Mówi pan o przepisach ruchu drogowego, czy to oznacza, że osoby które chcą zostać agatkami muszą przejść specjalne szkolenia?

Tak, odbywamy kilkugodzinne szkolenia w WORD-zie, zakończone krótkim sprawdzeniem wiedzy, by móc dalej przeprowadzać pieszych przez ulicę. Dostaje się wtedy uprawnienia osoby kierującej ruchem, ale tylko w wyznaczonym rejonie. Poza znajomością przepisów drogowych, w naszej pracy bardzo ważne jest, abyśmy byli uważni. Wtedy ludzie i przede wszystkim dzieci są zadowoleni i bezpieczni. A to jest najważniejsze. Dzięki takiemu nastawieniu zdobyłem zaufanie rodziców, którzy nie boją się o dzieci, które przechodzą przez tę ruchliwą ulicę pod moją opieką. Czasem nawet słyszy się od ludzi dobre słowo za taką pomoc. Ostatnio starsza pani nazwała mnie swoim aniołkiem. Miło jest słyszeć takie rzeczy. Człowiek wie, że pomaga innym. Nawet kierowcy witają się ze mną.

Faktycznie jest pan ich aniołem stróżem. Dba pan o ich bezpieczeństwo i robi to pan skutecznie.

Uważam, że przejście z agatką jest bezpieczniejsze, niż takie ze światłami. Ja mam tu sytuację pod kontrolą, przy światłach nie jest to możliwe. Kierowcy nie zawsze reagują na światło, potrafią przejechać na czerwonym. Ludzie lubią przechodzić z agatką. Przy przystanku obok ulicy Gajowej z jednej strony są światła, trochę dalej stoi agatka. Dużo osób omija przejście ze sygnalizacją, bo czują się pewniej przy kimś, kto może ich przeprowadzić przez ulicę. Na człowieka stojącego na ulicy samochody reagują inaczej, muszą się zatrzymać. Dlatego jestem skuteczniejszy od świateł.

Kiedyś pobliska rada mieszkańców chciała pana uhonorować. Opowie pan o tym?

To chyba było z trzy lata temu. Mieszkańcy przygotowali pismo do prezydenta Dombrowicza. W sprawie uhonorowania mojej pracy, podpisało się około 160 mieszkańców. Niestety władze miasta nie miały na to czasu. Mieszkańcy jednak nie odpuścili i skierowali pismo do dyrekcji firmy, która mnie zatrudnia i tam już zostałem doceniony. To był bardzo miły gest z ich strony, duży zaszczyt i mobilizacja do pracy.

Czy przesadzę mówiąc, że ratuje pan ludziom życie?

Zdarzają się niebezpieczne sytuacje, które udało mi się zażegnać przez zasygnalizowanie kierowcy, że pieszy jest już na pasach. Na szczęście żadnych ofiar nie było, co znaczy że działamy skutecznie.

Mówi pan o tej pracy same dobre rzeczy, a czy są jakiejś minusy?

Trochę przeszkadzają mi hałas i spaliny. Tu cały dzień jest ruch. Najbardziej nie lubię deszczu. Nawet silny mróz nie jest taki zły, jak deszcz. Bardzo nie lubię takich pochmurnych dni, ale cóż zrobić, taką mamy pogodę.

Co pana najbardziej denerwuje przy kierowaniu ruchem?

Największą bolączką są niestety rowerzyści. Często mają pretensje, dlaczego ich nie przeprowadzam. Problem jest w tym, że oni nie mają zamiaru zsiąść z roweru, a to nie jest ścieżka rowerowa, żeby mogli przejeżdżać przez ulicę. Tu rower trzeba przeprowadzić, bo można stworzyć zagrożenie dla pieszych. Jeżeli ma być bezpiecznie, to wszyscy muszą przestrzelać przepisów. Są to bardzo nieprzyjemne i zupełnie niepotrzebne sytuacje. Ale bywają i gorsze. Raz miałem problem z kierowcą autobusu, był zwyczajnie złośliwy. Raz o mało się nie otarł o mnie. Innym razem, śmiertelnie przestraszył kobietę, która na mój widok, już wchodziła na pasy, niestety trochę za wcześnie. Proszę sobie wyobrazić, że ten człowiek przyspieszył. Nie wiem, co taty ludzie mają w głowie. Często sprawiał problemy, na szczęście szybko przestał jeździć.