Piesi zaliczani są do tzw. niechronionych uczestników ruchu drogowego. Realia pokazują jednak, że pieszy na drodze jest nie tylko niechroniony fizycznie, ale i instytucjonalnie – osamotniony, zdany sam na siebie.

„Polska przeżywa fascynację motoryzacją tak, jak przechodziły to kraje Europy Zachodniej gdzie już w latach osiemdziesiątych nastąpił przesyt i zaczopowanie dróg, a w konsekwencji stopniowe odwracanie się od samochodu na rzecz transportu zbiorowego. Władze tamtejszych miast, nie zważając na chwilowe niezadowolenie, ograniczali swobodę poruszania się samochodami, dając alternatywę w postaci perfekcyjnie zorganizowanego systemu transportu zbiorowego i przestrzeni oddanej pieszym.

W Polsce każdy gest skierowany przeciwko tej swobodzie traktowany jest jako zamach na wolności obywatelskie. Mowa np. o strefach tempo 30, zatrzymywaniu praw jazdy za rażące przekroczenie prędkości, przypadkach zwężania jezdni, czy choćby wygradzaniu chodników słupkami.”

Wydaje się, że kierowcy samochodów często nie akceptują obecności na ulicy, chodniku, przejściu dla pieszych jakichkolwiek pieszych. „Polski pieszy na jezdni i w jej pobliżu traktowany jest jak intruz i zawalidroga. Stąd m.in. plaga przycisków przy sygnalizatorach przy przejściach dla pieszych. U nas służą one do włączenia zielonego światła, gdy się go nie naciśnie, zielonego światła nie będzie. Tam gdzie je zastosowano po raz pierwszy – na zachodzie – od zawsze służyły jedynie do przyspieszenia podania tego sygnału. Biada temu, kto natrafi na uszkodzony przycisk. A zielone światło, jeśli się zapali, to podawane jest przez kilkanaście sekund przy kilku minutach oczekiwania.”

A jak jest w naszym mieście? Czy chodnikami da się chodzić, czy służą jako parking? Czy przez przejścia dla pieszych da się przejść, czy są to miejsca, na których najłatwiej stracić zdrowie lub życie? Czekamy na Wasze komentarze oraz zachęcamy do zapoznania się z całym felietonem Pana Dominika Wójcika na portalu transport-publiczny.pl